Wyprawy wspinaczkowe
witamy 2018-02-25
Wspinaczka górska
Wstecz


Dodano dnia:
2011-09-29

Jak ja nie cierpię 14go.

Literatura górska

To powiedzenie Niuni było dla mnie synonimem tylko pewnego rodzaju przesądu. Nigdy w każdym bądź razie nie traktowałem tego serio. Zawsze tego dnia, Niunia jest ostrożna, gdyż doświadczana bywała niekorzystnymi dla Niej okolicznościami.

12.12.2008. Nocą prawie, bo dobrze po 23 docieramy do Murzasichle, gdzie często zostawiamy samochód. Mocno zmęczeni postanawiamy, że prześpimy się w samochodzie. Miejsca jest sporo. Po rozłożeniu tylnych siedzeń jest całkiem wygodnie. Wstajemy wcześnie. Jest 4:20. Zimno, ale czuję  spręża. Po drobnej krzątaninie, wrzucamy bety na siebie i grzejemy do Betlejemki. Po drodze chwila przerwy obok nieistniejącego już taboriska taternickiego. Jednak kondycja nie ta, oj słabo. Po jakimś czasie dochodzimy do Murowańca i dalej kierujemy nasze kroki do Betlejemki.. Tam spotykamy Rybę, który krząta się ostro. Właśnie wsiekał jakąś drogę na Kościelcu. Rzucamy graty i przyrządzamy jedzonko. Po południu idziemy do Murowańca. Pomimo grudnia, jest trochę ludzi.  Znajdujemy dla siebie miejsce przy stole i popijamy piwko. Jest fajnie. Po kilku godzinach wracamy do Betlejemki, trzeba przecież się przygotować do jutrzejszego łojenia. Jest mroźno, choć czuć nadciągającą zmianę. Decyzja pada na rzadko raczej przechodzoną obecnie drogę Stanisławskiego na Zadnim Kościelcu. Letnia wycena to III. Dobre to na początek sezonu.

Rano, 14go, po dość skromnym śniadanku ruszamy. Mijamy dolną stację wyciągu na Kasprowy. Śniegu jakby więcej. Nieprzedeptany i luźny, grzęźniemy czasami do połowy uda. Oj, sił ubywa! Jednak zew gór - wzywa! Po niespełna dwóch godzinach jesteśmy pod ścianą.

Pogoda definitywnie się zmienia. Idzie ocieplenie. Nic to, szpeimy się. Ruszam pierwszy. Niunia asekuruje. Kopny śnieg i zupełnie niezwiązany. Pierwszy wyciąg przechodzę niemal na żywca, nie asekurując się prawie.

Wpinam się do zmotanego na szybko stanowiska i krzyczę „auto!”. Jakiś stary hak i dorzucony friend – powinno wytrzymać. Po głowie myśli biegają różne. Niepokój. Jak Niunia to przejdzie? To niby łatwe, ale z drugiej strony nic nie trzyma. Loteria maksymalna! Niunia dochodzi i pyta – to ma być „trójka”? Tak -odpowiadam, siląc się na maksymalną pewność w sobie. Nic, prowadzę drugi wyciąg. Jest coraz gorzej, śnieg usuwa się spod nóg. Ażeby dobrać się do traw, muszę kopać w śniegu nieraz z pół metra! Trawy nie trzymają, zapadam się po pas. Brnąc niemal na brzuchu staram się jak najmniej obciążać warstwy słabo związanego śniegu. Kocie ruchy i maksymalna koncentracja. Wbijam dwie igły i ściągam Niunię do siebie. Dochodząc do mnie prawie już nic nie mówi. Ja też wolę nie prowokować. Wycofać się z trójkowej drogi!? Nie, pewnie dalej będzie łatwiej. Kompresja w sobie i do góry. Zaczynam powątpiewać, asekuracja żadna. Brnę po jakichś nawisach i w masie niezwiązanego śniegu, który co jakiś czas osuwa się spod nóg. W końcu nieco łatwiej, więcej traw, bardziej połogo. Cóż z tego, skoro trawy nie trzymają. W końcu znajduję kępę traw, cokolwiek zmrożonych. Jest ciepło, na bank koło zera. Łoję więc trzy igły i czuję, że po raz pierwszy na tej drodze mogę nazwać to stanowiskiem.  Po chwili, dochodzi do mnie Niunia. Widzę, że ma dość. Ja zresztą też. Opadam z sił fizycznych i psychicznych. Śniadanko cieniutkie. Brak snu daje się też we znaki.  Oj kłaniają się błędy!!! Ale co tam, prawie czuję koniec drogi. Sprężam się i mówię do siebie – to przecież ostatni wyciąg i wracamy. Podchodzę pod uskok i próbuję letnim wariantem z prawej. Lufa jak byk! Słyszę jak raki chroboczą po skale. Omal nie odpadam. Wpinając się do przerdzewiałego haka, wkaszam uskok i ląduję na płaskiej, ale zupełnie pozbawionej śniegu płycie. Mikroszczeliny zaprane niezwiązanym śniegiem. Walczę, co chwila obsuwając się w stronę przepaści. Już prawie jestem – myślę, wpinając się do szarej pętli z hakiem. Dosłownie widzę ogromne kolucho stanowiska kończące drogę! Niemal opadam z sił. Zastanawiam się jak tam dotrzeć. Po godzinie walki wracam do stanowiska. Zaczynam wątpić. Muszę nabrać sił. Po zjedzeniu batona i łyku herbaty ruszam ponownie. Tym razem, próbuję sforsować uskok z lewej strony. Trochę traw. Nic jednak nie trzyma. Nie jest łatwo. Znajduję jakąś możliwość przejścia mniej więcej pośrodku i… atakuję. W końcu udaje mi się stanąć wysoko nogą na jakiejś marnej listwie skalnej.  Podciągam się i prawie jestem. Daleko ponad sobą wbijam drugi czekan i staję drugą nogą. Jest bardzo niestabilnie, muszę podejść wyżej. To jest ten moment, kiedy się wie, że dalsze manewry oznaczają kłopoty, ale brak podjęcia akcji – jeszcze większe. Wyciągam zaklinowany czekan spomiędzy kamieni… W tym samym momencie wyżej wbity w trawy czekan puszcza… Stojąc tylko na nogach, czuję jak tracę równowagę i… lecę! Jasny szlag! Znowu? To pierwsze, co pojawia się w mojej głowie. Tak jestem zły na siebie. Rok temu, w styczniu, zaliczyłem swój pierwszy lot na Filarze Świnicy. Jednak wtedy, to było bardziej zdziwienie. Tym razem czuję gniew. Lecę głową w dół. Uderzam o półkę. Chyba na ułamki sekund mnie zamroczyło. Odbijam się i lecę dalej w przepaść. Niunia pewnie mnie wyłapie – myślę.  Nie czuję jednak żadnego szarpnięcia. Nic nie mogę zrobić. Lecę bezwładnie głową w dół. Dziabki wirują wokół pętli nadgarstkowych. Staram się zasłaniać lewą ręką, która zbiera mocne cięgi od uderzeń w wystające półki i kamienie. Każde uderzenie głową powoduję chwilową utratę przytomności. Zastanawiam się czy lina nie pękła, bo dość długo spadam. Wiem, że oczy mam raz zamknięte, raz otwarte, ale nad tym nie panuję. Myślę jednak dość logicznie. To bzdury, kiedy mówi się, że w takich chwilach całe życie człowiekowi przed oczami przelatuje. Mkniesz z ogromna prędkością, widzisz tylko to, w co uderzasz a czego ominąć się nie da. I ta adrenalina! Zbyt wiele się nie oddycha, przynajmniej niezbyt głęboko. Nie czuję żadnego szarpnięcia! A więc urwała się… W końcu zawisam! Nie wiem ile trwało zanim doszedłem do siebie. Słyszę krzyk Niuni, ale nie mogę odpowiedzieć – nie mam siły. Serce wali jak oszalałe, krew uderza do głowy. Po chwili krzyczę, że żyję. Uff! Ale cóż to za ulga, skoro wiszę głową w dół!? Jak to możliwe, mam przecież również uprząż piersiową? Po chwili widzę, że igła do trawek z taśmą i ekspresem, którą podczas lotu wyrwałem zaplątała się tworząc z liny coś jakby sidła. Walczę, aby się uwolnić. Jednak po kilku próbach znowu zawisam z wyczerpania. Duszę się. Plecak, który zwisa przygniata mi głowę do piersi. Postanawiam go odpiąć i zrzucić na dół. Cóż mi po plecaku, skoro się uduszę? Plecak, bębniąc o płyty południowo-zachodniej ściany Zadniego Kościelca leci w czeluść. Nic nie widzę. Cisza. Gęsta mgła, która nastała paraliżuje wszystkie zmysły. Mobilizuję się i raz jeszcze próbuję zaczepić prawym czekanem za spód buta z rakiem. Chcę się podciągnąć i oprzeć lewą nogą o skałę. Szoruję jedynie po niej zębami raków i nic nie mogę zrobić. Uświadamiam sobie, że lewa ręka jest poważnie zraniona a prawy staw barku wybity. Opadam głową w dół, czuję napływającą do płuc krew. Przecieram rękawicą po twarzy sprawdzając czy się nie pokaleczyłem. Mogłem przecież złamać nos albo pokiereszować się dziabkami podczas lotu. Żadnej krwi. Jednak ciężko mi oddychać. Robi się ciemno i zimno. Resztami sił krzyczę – wzywaj TOPR! Tak z trzy razy i… wiem, że nic więcej już nie powiem. To koniec – gasnę... Nie jest tak strasznie, ale strasznie samotnie. Po chwili czuję jednak ruch w dół. Nie wiem jednak czy to Niunia się obsuwa, czy wpadła na jedynie rozsądny w tej sytuacji sposób. Opuszcza mnie do miejsca gdzie będę mógł stanąć. Próbuję to zrobić, ale mocno spionowane płyty na to nie pozwalają. W pewnym momencie po minięciu jakiejś przewieszki nie mam kontaktu ze ścianą. Wisząc głową w dół, kręcę się wokół własnej osi jak śledź na sznurku w wędzarni. Jest mi niedobrze. Adrenalina ustępuje, zaczyna mnie wszystko boleć tak, że chce się wyć, ale nie mam sił. Malwina opuszcza mnie dalej. Nie mam pojęcia jak daleko do podstawy ściany ani ile zostało liny. Co jakiś czas próbuję krzyczeć coś do Niej, ale … porzucam powoli nadzieję. Pogoda tego dnia to istna przeplatanka. Wisząc jak skazaniec, czuję jak zamarzam. Kilka cienkich polarów i softshellowa kurtka, które po godzinach walki zostały przemoczone od potu i śniegu, teraz stają się sztywne i zimne jak blacha… We mgle dostrzegam jakby podstawę. Jest nadal wysoko. Teraz wiem, że czas gra na naszą niekorzyść. Jeżeli zabraknie liny, myślę żeby się odwiązać… Może przeżyję upadek. Jest dobre z 10m, ale ewentualny lot wiąże się z uderzeniem o jeszcze jeden występ skalny. Decyduję się na to! Może się uda. Boże, proszę, zachowaj choć ją. Ja … ja już się nie boję. Bólu i tak już dłużej nie zniosę. Odwiązuję się, ale … wiszę przecież za nogę, której nie udało się uwolnić! Poprawiam węzeł z powrotem. Lina zapętlona za nogę więzi mnie doskonale. Gdybym mógł ją tylko odciążyć… Ale jak..? Niemal nie czuję prawej ręki. Niunia opuszcza mnie dalej. Widzę ją. Widzę!  Jaka radość! Jest może 3m ode mnie. Teraz cokolwiek by się działo, muszę tam dotrzeć. Bezwładnie opadam na poduchę śniegu. Uff! Liny starczyło akurat. Odwiązuję się. Radości nie da się opisać – żyję! Nie słyszę Niuni. Po chwili słyszę telefon. Oznajmiam, że żyję i że ma do mnie zjeżdżać. Boi się, że stan nie wytrzyma. Nie ma się co dziwić. Ale innego wyjścia nie ma! Już wiemy, że liny wystarczy. Po moim locie wydłużyła się wystarczająco aby zjechać na dół. Modlę się, żeby tylko stanowisko wytrzymało.  Po kilku minutach Niunia decyduje się na zjazd. Podnoszę się ze śniegu, nie mogę oddychać. Przy każdym głębszym oddechu dosłownie jakby ktoś wbijał mi nóż w płuca. Ledwo chodzę. Zataczając się jak pijany, upadam co chwilę. Zbieram to, co upadło pod ścianę. Jednak nie mogę znaleźć plecaka. Zaczyna padać śnieg. Widzę jak zjeżdża Niunia, więc poszło dobrze. Czuję ulgę na tyle, na ile to możliwe. Widoczność spadła niemal do zera. Dodatkowo zaczyna wiać. Sporą część szpeju daję Niuni, nie jestem w stanie ponieść zbyt wiele. Kuleję jak zbity pies. Widzę plecak. Znajduję go dobre kilkaset metrów od miejsca, w którym spadł. Podczas lotu trochę się podziurawił. Ubieram ciepłe rzeczy, zakładam czołówkę – wracamy. Na szczęście drogę znam dobrze i nawet w zamieci docieramy na Przełęcz Karb. Idąc, podpieram się za pomocą jednego kijka. Druga ręka zwisa bezwładnie. Jednak z minuty na minutę jest coraz gorzej. Widoczność, to maksymalnie 3 do 4 metrów! Gubimy kilka razy drogę, ale nie poddajemy się. Tracimy jednak sporo czasu i sił. Staram się co jakiś czas pić i jeść. W końcu zapętlamy się gdzieś w kosówkach brnąc po pas w kopnym śniegu. Toruje głównie Niunia, ja odczuwam przeszywający ból w prawej nodze, którą ledwie powłóczę. Jest 21-sza, czyli godzina na którą nas wypisałem. Dzwonię do Ryby, mówiąc że zgubiliśmy drogę, ale idziemy. Niunia nalega abym mu powiedział żeby ktoś po nas wyszedł, choćby pomóc nieść sprzęt. Do końca gram bohatera – nierozsądnie! Czuję jednak, że idziemy w dobrym kierunku. Przekraczamy strumień dochodzący do Litworowego Stawu. We mgle majaczą jakieś konstrukcje. To wyciąg kolejki na Kasprowy! Padam ze szczęścia na kolana. Po chwili z bólem wstaję, choć przyznaję, że z chęcią poleżałbym w tym śniegu jeszcze trochę. Idziemy. Widać już światła Murowańca. W końcu dochodzimy do Betlejemki. Proszę Niunię aby nas wypisała. Ledwie ściągam skorupy i wlokę się na górę. Ściągam co się da i kładę się na kojo. Mogę leżeć tylko na plecach lub lewym boku. Podejrzewam, że pękły mi żebra, ale nie wiem ile. Lewa ręka to masakra. Nie mogę zdjąć bluzy, bo krew zlepiła ją z ręką. Zasypiam.

Rano budzę się dość wcześnie. Czuję się jakby mnie walec przejechał. Obrazy z wczoraj mam wciąż przed oczami. Mogę je odtwarzać jak slajdy. Koło południa schodzimy na dół. Niunia namawia mnie abym poszedł do szpitala na prześwietlenie.

Robię jeszcze kilka fotek na odchodne. Co ciekawe, po tym wszystkim, chciałbym zostać, wydobrzeć i uderzyć w ścianę raz jeszcze… Ledwie kuśtykam. Do samochodu docieramy koło 16.00.  Zastanawiam się, czy będę mógł wcisnąć sprzęgło, no i hamulec. Tak, tyle mogę… Wciskam je piętą czy jakoś tak, bo nacisk przednią częścią stopy nie wchodzi w grę.

 

Tak oto kończy się przygoda, której nikomu nie życzę a której można było uniknąć! Podsumowując całe to zdarzenie po wielu miesiącach, bilans jest ujemny. Pęknięte żebra uniemożliwiały swobodne oddychanie przez dwa miesiące. Rozpocząć ćwiczenia mogłem po trzech. Staw skokowy prawej nogi odczuwam do dziś, choć zagoił się w miarę bez komplikacji, mimo że były naderwane więzadła a staw poważnie skręcony od szarpnięcia liny po locie. Staw kolanowy był na szczęście tylko nadwyrężony i wydobrzał najpierw. Lewa ręka zagoiła się pozostawiając jedynie ślady wspomnień. Na szczęście kość nie pękła. Przemieszczenie kości w prawym barku nastawiłem sam uderzając w futrynę.  Jak ktoś to robił, to wie, co się wtedy czuje.

Z całej tej opresji wyszedłem jednak cało. Opatrzności Bożej i szczęścia miałem ponad miarę. Poleciałem dobrze ponad 35m! Nie mogę powiedzieć, że czułem się wolny jak ptak. Byłem raczej jak Ikar szybujący ku Ziemi.

Przy tak niestabilnej pogodzie trzeba było odpuścić. Lepszy bezpieczny odwrót niż przygoda, która różnie może się skończyć. Przed wyjściem na nieznaną drogę, trzeba solidnie odpocząć i rano wkosić pożywne śniadanko. Rozwaga i ostrożność ponad wszystko. Wola walki jest bardzo ważna i ja też jestem zwolennikiem kończenia drogi na szczycie. Czasami jednak okoliczności mogą wymusić zmianę i trzeba umieć to rozpoznać, że… może nie teraz, może innym razem!

Do dziś myślę o tej drodze… przecież znowu przyjdzie zima…

Do zobaczenia!

Norbi

 

 

 

 




Wstecz



  AKTUALNOŚĆI
 
2006 © Agencja Trekking Sport :: tel.: +48 (34) 365 24 04; +48 601 09 72 55
 
 





Tablice Gabloty sekretarki szkolenia Tworzenie stron Warszawa łóżka do masażu smiechowo.lapy.pl/?t