Wyprawy wspinaczkowe
witamy 2018-09-23
Wspinaczka górska
Wstecz


Dodano dnia:
2011-09-27

Lawina

Literatura górska

Lawina

 

Pisanie o lawinie z pozycji miękkiego fotela i pisanie o lawinie, której się było ofiarą to dwie różne sprawy – jedno z drugim niewiele ma wspólnego. Pisać o lawinach i niebezpieczeństwach, jakie z sobą niosą, oczywiście, należy. Trzeba informować, trzeba ostrzegać. Nie mylimy się tylko wtedy, kiedy nie ruszamy się z domu. Każde wyjście pociąga za sobą konieczność oceny sytuacji. Wtedy właśnie bezcenna może okazać się każda wiedza na ten temat, każdy przeczytany artykuł. Bywają też sytuacje, kiedy intuicja podpowiada nam, że coś może być groźne i niebezpieczne, ale równocześnie nic nie świadczy o przekroczeniu marginesu bezpieczeństwa. Wiem, jak bardzo można się mylić.

 

 

Dzień był słoneczny, ale bardzo wietrzny. Nad graniami, niesione wiatrem, unosiły się pióropusze śniegu. Zza skąpanej w śnieżnej pianie grani, połyskiwało słońce. Jak na komendę wyjęliśmy aparaty.

Schodząc w dół raz brnęliśmy w kopnym, głębokim śniegu – raz, wywiane przez silny wiatr połacie śniegu przeistaczały się w beton. W zachodzącym słońcu i tumanach śnieżnego pyłu góry sprawiały nieziemskie wrażenie. W miarę jak się obniżaliśmy, śnieg stawał się twardszy. Przyspieszyliśmy kroku. Trochę poniżej miejsca, gdzie łączą się szlaki wiodące na Wrota Chałubińskiego i Szpiglasową Przełęcz zaczęliśmy trawersować w kierunku Płaśni pod Mnichem. Mroźny wiatr dął już z siłą huraganu. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła 17.00. Przez moment zastanawiałem się nad droga zejścia. To już tak blisko. Jeszcze godzina i powinniśmy delektować się grzanym piwem. Poszukałem wzrokiem wylotu znanego mi żlebu. Zawahałem się. Śnieg wydawał się naprawdę stabilny. Podążyliśmy w kierunku żlebu. Do dziś nie wiem, dlaczego chciałem ten dzień uczynić pełniejszym i wskazać miejsce, w którym naprężenia w masie śniegu mogą przekroczyć wartości krytyczne. Zatrzymaliśmy się kilka metrów przed przełamaniem się progu, w miejscu, z którego mógłbym być jeszcze widoczny schodząc nieco w dół tego, jak mi się zdawało, szkoleniowego żlebu. Skinąłem na Nich, żeby się zatrzymali. Demonstracyjnie odpiąłem pas biodrowy i piersiowy przy plecaku, uwolniłem dłoń z pętli czekana. Zszedłem jeszcze dwa, może trzy metry niżej. Nie zauważyłem najmniejszych oznak grożącego mi niebezpieczeństwa. Zatrzymałem się. Grotem czekana wskazywałem to owo groźne miejsce pod sobą, gdy nagle to usłyszałem. To nie było głuche charakterystyczne tąpnięcie. To przypominało raczej syk. Odwróciłem głowę w ich kierunku. Trzy, cztery metry nad sobą zobaczyłem cienką, nieregularną linię przebiegającą niczym wąż w poprzek stoku. Stałem nieruchomo patrząc na coraz bardziej poszerzającą się linię pęknięcia, zanim dotarła do mnie myśl, że to deska. Błyskawicznie zostałem powalony na kolana. Usiłowałem się bronić wbijając łopatkę czekana w walące na mnie masy śniegu. Bezskutecznie. Znalazłem się w lawinie!

Zanim zdołałem w cokolwiek uwierzyć, czułem jak napierające na mnie masy śniegu usiłują mnie wprasować w żleb. Znalazłem się pod śniegiem, niezdolny uczynić jakikolwiek ruch. Moje ciało stało się igraszką dla tego żywiołu. W głowie nie przewinął się żaden film, żadne obrazy ważniejszych fragmentów życia, a więc to coś, co podobno jest udziałem ludzi w obliczu ostateczności. Nic. Nic, poza paraliżującym, zwierzęcym strachem. I żal. Z tego stanu ocknął mnie zgrzyt raka o kamień i ból w prawej nodze. Czułem jakby ktoś wystrzelił mnie z katapulty, czułem jak przebijam się przez masy śniegu i uderzam w skałę. Spadałem głową w dół. Bębniłem kaskiem o skałę, słyszałem chrobot własnych raków. Nagle, znalazłem się w powietrzu. Wciąż nic nie widziałem. Pragnąłem tylko, żeby to się już skończyło. Następne uderzenie o skałę pozbawiło mnie prawdopodobnie przytomności. Pamiętam tylko potworny ból w okolicach brzucha i koniec. Cisza.  

Kiedy się ocknąłem, miałem wrażenie spokoju i było mi dobrze. Przez chwilę leżałem bez ruchu. Wciąż nic nie widziałem, albo bałem się otworzyć oczy. Nagle poraziło mnie, że jestem zasypany, że znalazłem się w lawinisku. Poruszyłem jedną, potem drugą ręką. Instynktownie wyrzuciłem jedną z nich, jak mi się wydawało, do góry. Światło! W panice zacząłem powiększać otwór nade mną. Leżałem głową w dół stoku. Kiedy się wykopałem, próbowałem stanąć na nogi. Potworny ból w dolnej części brzucha, prawej nodze i w dolnym odcinku kręgosłupa powalił mnie na śnieg. Oddychałem szybko, jęcząc z bólu. Uspokoiłem się trochę, próbując myśleć, co robić. Ze zdumieniem odkryłem, że wciąż mam na sobie plecak. Zrzuciłem go z ramion i zacząłem obmacywać nogi. Lewa w porządku. Prawa była bezwładna i bolała, ale wydawało mi się, że nie była złamana. Więc skąd ten ból? Udało mi się ułożyć na lewy bok, nogami w dół stoku. Odczuwałem potworne parcie na pęcherz. W chwili, gdy usiłowałem oddać mocz, zauważyłem na śniegu kropelki krwi. Jednocześnie zawyłem z bólu. Ponownie musiałem się uspokoić i zebrać myśli. Spojrzałem w dół stoku. Jakieś 50 metrów przede mną kłębiły się zwały śniegu czoła lawiniska. Pomyślałem, że stamtąd mógłbym się już nie wydostać. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że straciłem zewnętrzne rękawice. Wyciągnąłem z plecaka suche, ale cienkie rękawiczki z polaru. Odpiąłem z niego drugi czekan. Oceniłem jeszcze raz swoją sytuację. Próbowałem poruszyć prawą nogą – była nieruchoma i znowu bolała. Z klapy plecaka wyjąłem telefon komórkowy. Wybrałem numer centrali TOPR. Po drugiej stronie usłyszałem głos dyżurnego ratownika. Zdążyłem tylko powiedzieć kim jestem. Telefon zamilkł. Próbowałem rozgrzać go w dłoniach i połączyć się raz jeszcze. Na nic. Bałem się pozostawać na lawinisku dłużej obawiając się zejścia kolejnej deski. Spojrzałem w górę. Co z Nimi? Silny wiatr, co chwila, strącał z góry tumany śnieżnego pyłu. Zacząłem krzyczeć usiłując się przebić przez wycie wiatru. Każdemu okrzykowi towarzyszył ostry ból w okolicach podbrzusza. Opadłem znowu z sił. Miałem jednak niejasną pewność, że nic Im się nie stało. Bałem się tylko, żeby nie zrobili jakiegoś głupstwa. Musiałem zacząć schodzić. Ale jak? Wspierając się na czekanie udało mi się stanąć na lewej nodze. W momencie, kiedy tylko obciążyłem prawą, z okrzykiem bólu upadłem ponownie w śnieg. Po chwili spróbowałem innej metody. Ułożyłem się na zdrowym boku w poprzek stoku i zacząłem się turlać. Jednak, gdy przekręciłem się na drugi bok, znowu z bólu pociemniało mi w oczach. Powróciłem do pozycji wyjściowej. Tym razem wymyśliłem, że po prostu będę się czołgał. Stok na tym odcinku nie był stromy, w dodatku niekontrolowane zsunięcia hamowałyby zwały śniegu. Nie miałem sił, żeby wyjąć z plecaka dokumenty, aparat czy coś cieplejszego. Zresztą, chyba nie obchodziło mnie to tak bardzo. Chciałem uciec z tego miejsca jak najszybciej. Położyłem ręce na śniegu próbując podciągnąć resztę ciała na zdrowym boku. Śnieg był miękki, ręce łatwo się zapadały. Próbowałem się wesprzeć na stylisku czekana, ale i to nie pomogło. Mimo to, jakoś szło. Zaczęło się ściemniać. Miałem jeszcze jakieś 20 metrów do czoła lawiniska. Co jakiś czas musiałem rozgrzewać dłonie, które przemarzły w zlodowaciałych rękawiczkach? Stok stawał się zupełni płaski. Zacząłem pokonywać nierówny garb zwałów śniegu czoła lawiniska. Stanął mi przed oczami Simpson na Siula Grande, Coombs na Mount Foraker, Scott na Ogre. Ale przecież ja nie jestem w Andach, na Alasce czy w Karakorum – myślałem gorączkowo. Jestem godzinę drogi od schroniska. Co za groteska.

Pokonanie tego spiętrzenia odebrało mi na jakiś czas siły. Zacząłem odczuwać dotkliwie ręce, zacząłem przemarzać cały. Poza bielizną i gore-texem nie miałem na sobie nic więcej. W dodatku zacząłem odczuwać silny ból w plecach i szyi. Mogłem tylko patrzeć przed siebie i poruszać się przed siebie. Zrobiło się już zupełnie ciemno. Zimny wiatr stawał się coraz bardziej dokuczliwy. W oddali zamajaczył jakiś głaz. Tam muszę dojść, tam się na moment schronię przed tym cholernym wiatrem. Wydawało mi się, że jestem jednym wielkim bólem. Najbardziej jednak dokuczał mi ostry, piekący ból w okolicy podbrzusza. Zacząłem łkać.

Półprzytomny dopadłem niszy przy kamieniu. Zsunąłem się do niej resztkami sił. Drżałem już nieustannie na całym ciele. Było mi przejmująco zimno. Skuliłem się jak pies, ręce włożyłem pod kurtkę chcąc je, choć trochę ogrzać. Dziura przy kamieniu była mała i niewygodna, a co gorsza znajdowała się od strony nawietrznej. Wiedziałem już, że nigdzie dalej nie zdołam się doczołgać. Ułożyłem się tak, żeby jak najmniej odczuwać ból. Czekanem zacząłem pogłębiać dziurę, w której tkwiłem. Przy jakimś kolejnym uderzeniu uderzyłem grotem w prawą nogę. Znowu poczułem dojmujący ból. Ból mogłem pokonać, nie wiedziałem tylko czy wytrzymam podmuchy przeraźliwie mroźnego wiatru. Nie mogłem już opanować drżenia całego ciała. Trzęsły mi się również nogi, co tylko wzmagało cierpienie. Twarz miałem skierowaną na Morskie Oko. Widziałem zarys jego wschodniego brzegu. Boże, tak blisko i nic nie mogę zrobić. W ciemności majaczyły kontury Czołówki Mięgusza, próg Czarnego Stawu, Żabiej Grani, Niżnych Rysów... Ileż gwiazd, pomyślałem, odchylając głowę nieco ku górze. Mrugały skryte za delikatnym welonem śnieżnego pyłu. Jak długo mogę tak wytrwać? Godzinę, dwie, do rana? Głowa sam opadła mi na piersi. Chciało mi się spać. Zacząłem się kiwać w przód i w tył, jak w jakimś muzycznym transie. Pomimo bólu, potwornego zimna czułem, że zasypiam. Jeżeli mam umrzeć, to we śnie proszę. Co jakiś czas wyrywałem się z tego odrętwienia i gapiłem przed siebie. Za którymś razem wydawało mi się, że na progu Czarnego Stawu widzę dwa mrugające światełka. To nie mogą być gwiazdy, przekonywałem sam siebie, gwiazdy nie spadają tak nisko. To muszą być światła czołówek. Poza tym te światła migotały inaczej, bardziej regularnie, w odstępach. Przyszedł mi do głowy Artur, który mógł wracać z Kotła. Jeżeli dają znać, to nie do mnie, tylko do Nich. Nie miałem czołówki, nie wyciągnąłem jej nawet z plecaka. Ależ tak, to muszą być Oni. Nie mogłem skręcić głowy, żeby sprawdzić. Ale, to Oni musieli sygnalizować wpierw, że potrzebują pomocy. A więc tylko nie spać. To już nie może potrwać długo. Może kilka godzin. Wytrzymam. Tylko nie mogę zasnąć, bo mnie nie znajdą w tej dziurze. Nie śpij durniu. Zacząłem uderzać dłońmi o siebie, żeby się tylko pobudzić. Dwa światełka zaczęły się obniżać, wkrótce znikły. Gazu chłopaki, pośpieszcie się.

Straciłem poczucie czasu, nie wiedziałem, która jest godzina. Znowu zapadłem w letarg. Zmuszałem się do podnoszenia głowy. Coraz rzadziej. Nawet, kiedy ją dźwigałem z trudem otwierałem oczy. Nie czułem bólu, drżałem tylko spazmatycznie. Nie wiem, ile czasu minęło. Zacząłem zapominać, że cokolwiek się wydarzyło. Z trudem podniosłem kolejny raz głowę. Otworzyłem oczy. Przez moment wydawało mi się, że widzę jakiś blask, tak jakby jakaś smuga światła przebiegła po śniegu. Księżyc? Spojrzałem w niebo. To nie od księżyca. Głowa sama mi opadła. Skuliłem się jeszcze bardziej. Było mi niemal dobrze. Nagle, wydawało mi się, że coś słyszę. Z trudem podniosłem głowę. Słyszałem tylko wycie wiatru. Zza półprzymkniętych powiek znowu dostrzegłem jakiś blask. Nie, nie mogłem się mylić. Potarłem śniegiem twarz. Nie spać. Po śniegu przebiegł podrygujący snop światła. I jeszcze jeden, potem następny. Są!

 

Krzysztof Treter

 




Wstecz



  AKTUALNOŚĆI
 
2006 © Agencja Trekking Sport :: tel.: +48 (34) 365 24 04; +48 601 09 72 55
 
 





Tablice Gabloty sekretarki szkolenia Tworzenie stron Warszawa łóżka do masażu smiechowo.lapy.pl/?t