Wyprawy wspinaczkowe
witamy 2018-04-23
Wspinaczka górska
Wstecz


Dodano dnia:
2016-02-22

Wspinaczkowy
rachunek prawd

o nas
Poradniki

Etyka to zbiór pewnych wartości, zasad moralnych - złego i dobrego – nie tylko ujętych w kodeksie postępowania między nami. To również sposób w jaki traktujemy Matkę Ziemię, no bo przecież jesteśmy z nią nierozerwalnie związani. We wspinaczce, podobnie jak i w innych sportach, są pewne elementy stylu, które definiują zasady tej gry. Jesteśmy wolni i możemy robić to, co chcemy, ale na tyle, na ile nie wpływa to negatywnie na środowisko, w którym żyjemy – na lasy, które chronią nas przed urbanizacyjnymi zanieczyszczeniem, na rzeki, jeziora, góry...

Wspinaczkowy rachunek prawd
„Idź do przodu, ale najpierw rozejrzyj się wokół”.

W latach 50. większość norm etycznych we wspinaniu ustanowiono w krajach alpejskich, które opanowała gorączka zdobywania szczytów i ścian Alp. Pozostawiano w ścianach haki, pętle, poręcze po to, żeby prowadzić i pomóc innym. Tak zaczęła się ERA ŻELAZA. Wspinacze, ciężką ręką i młotkiem znaczyli swój ślad w dziewiczych alpejskich ścianach.
Podobne zasady „Manifestu Przeznaczenia” prowadziły pionierów w zdobywaniu Nowego Światu – Himalajów. Kiedy w 1950 Herzog i Lachenal jako pierwsi stanęli na wierzchołku Annapurny trójkolorowa flaga nie była jedyną, która powiewała na szczycie – po raz pierwszy w historii wspinania obok barw narodowych łopotała flaga korporacji Michelin Tire Company.

W tym samym okresie Amerykanie, choć zafascynowani dokonaniami swoich kolegów z Zachodniej Europy, wybrali inną drogę. Grupa wspinaczy z Yosemitów nadająca ton tamtejszemu wspinaniu hołdowała filozofii wielkiego etyka, Szkota Johna Muira, czyli: pozostaw górę w takim samym stanie, w jakim ją zastałeś. Owszem, używano haków, ale wyrabianych z twardej stali, które mogły być wielokrotnie używane, tzn. wbijane i wybijane. Podczas klasycznych wspinaczek dozwolone było stawanie na hakach czy zwieszanie się w pętlach.

Amerykanie sądzili, że mają doskonałą etykę. Myśleli tak do wczesnych lat 70., kiedy ze zgrozą stwierdzili, jakie szkody wyrządza skale tak częste wbijanie i wybijanie haków. Paradoksalnie, owe dziury po hakach (hakodziury) przyczyniły się do uklasycznienia niektórych dróg w ścianie El Capitana. Ten tok myślenia zaprowadził Amerykanów do przestawienia się na system asekuracji rodem z Wysp Brytyjskich – z kostek. Wąskiej grupce zwolenników tego stylu nie było jednak łatwo namówić znacznie większe grono wspinaczy, przyzwyczajonych do  młotka i haków, do zmiany tradycji i powierzenia swojego życia kawałkowi aluminium wetkniętego w szczelinę.

Tak już jest, że tylko nieliczni odkrywają sens i prawdziwą wartość rzeczy, jeżeli tylko celu nie przesłoni ich własny interes – tak się dzieje w polityce, biznesie, w życiu. Asekuracja z kostek wykorzystująca naturalne formy skalne nie zdobyła popularności, dopóki nie przekonano się, że można wspinać się szybciej, sprawniej i bezpieczniej z użyciem wszelkiego rodzaju klinów i krzywek. W stylu „hammerless” pokonane zostały pierwsze drogi na Half Domie i El Capitanie. Udowodniono, że w ten sposób można przejść niemal każdą ścianę – „czysto” i bezpiecznie.
Ten elegancki, jak go niektórzy nazywali, sposób asekuracji, znalazł również naśladowców i w Alpach. W stylu de-piton zaczęto pokonywać alpejskie ściany, m. in. Filar Walkera na Grand Jorasses. Niestety, zwyciężył mianownik przeciętności i demokracja ludu. Ponownie młotek i haki stały się niezbędnym wyposażeniem alpinisty. 
W złotym okresie wspinaczek w Yosemitach było wiele dziewiczych ścian. Wielką ścianę próbowano najpierw ocenić pod względem trudności i oszacować, ile dni może zająć pokonanie jej nową drogą. W oparciu o te przypuszczenia, próbowano – idąc na nią – zabierać wystarczającą ilość sprzętu, jedzenia i wody. Wystarczającą, to znaczy taką, żeby ledwie starczyło na dotarcie na wierzchołek. I jeśli udało się zrobić linię z tym niewielkim ekwipunkiem, był powód do dumy. 

Styl to także uczciwe zachowanie się, przede wszystkim wobec samego siebie i brak myślenia w rodzaju „wszystkie chwyty dozwolone”. Mamy prawo wspinać się gdziekolwiek i jak chcemy, ale bez niszczenia góry, ściany. Jeżeli używamy magnezji, dekorujemy ścianę ringami, podkuwamy chwyty, pozostawiamy haki, śmieci, porzucamy butle z tlenem na himalajskich szczytach, jest to naganne.
We wspinaczce styl absolutnie czysty to pokonanie nowej drogi solo, „on sight” i w dodatku nago. Jakiekolwiek odstępstwo obniża rangę „stylu doskonałego”. Założymy buty – punkt mniej, użyjemy liny – dwa punkty, poznamy schemat – jeszcze jeden, asekurujemy się – kolejny… Im dalej odejdziemy od „stylu doskonałego”, tym mniej będziemy mieli powodów do dumy. Ale przecież nie w tym rzecz.
Rozwój w sporcie nie zawsze niesie ze sobą dobro. W narciarstwie alpejskim – slalomie czy zjeździe, w biegach na krótkich dystansach, w pływaniu różnice między zawodnikami mierzy się już w ułamkach sekund. Tak zwani specjaliści odarli sport z jego ducha. To wspaniała sprawa przebiec maraton – trochę potrenujemy, może zmienimy dietę, rzucimy palenie i pokonamy ten dystans w ciągu trzech, czterech godzin. Jeżeli chcemy jednak przebiec trasę w ciągu 2 godzin i 28 minut, to już inna historia – żegnajcie przyjaciele, praco, żadnego piwa i głupot. Poświęcam życie jednemu celowi. Nie jestem przekonany, czy jest to tego warte. Taki styl kreuje fanatyków sportu, nazistów własnego ciała, sportowców, z którymi można pogadać jedynie na temat szczególnych predyspozycji ich organizmu.

Wspinaczka jest przygodą. Słowo „przygoda” w papce kolejnych komercyjnych wypraw straciło sens, rozmyło się w nijakim przewodnictwie, w bałaganiarskich szkoleniach, podczas których ilość wypiera jakość. A przecież przygoda musi zawierać element ryzyka. Nawet finansowe przedsięwzięcie, z samej natury rzeczy, zawsze zawiera element ryzyka. Co ma wspólnego z przygodą wspinaczka na sztucznych ścianach czy do nieprzytomności oringowanej skale? Jasne, dla kogoś, kto po raz pierwszy opuścił dom i wyjechał poza miasto, przygodą może być już sama podróż kempingowym vanem. Podejmując przygodę ryzykujesz zdrowiem i życiem, albo nie jest to przygoda.
Biura podróży fundują nam takie „podróże pełne przygód”, ale to tak jakby ktoś nas przekonywał do „smakowitego hamburgera ” albo ględził o „zrównoważonym rozwoju”. Jeżeli tylko nie nastąpi trzęsienie ziemi, wojna lub nie wykolei się pociąg to tym pociągiem, statkiem czy samolotem biura podróży dowiozą nas wszędzie. Kiedy podpisujemy taką „podróż pełną przygód” – rafting spienioną wodą, wejście na Blanca z przewodnikiem – to wiedzmy, że ryzyka tam prawie nie będzie a i przygody się nie doczekamy. Najwspanialsza przygoda trwa wtedy, kiedy jest problem. Celem alpinizmu, wielkiego żeglarstwa, spływu po nieznanych wodach…jest zbliżyć się do granic, w których ciało i umysł żyje najintensywniej. Ale tych granic przekraczać nam nie wolno. To wspaniała lekcja życia – dla każdego z nas.

Zgoda na przygodę, na ryzyko to sprawa duchowej i fizycznej dojrzałości. To się nie zdarzy, jeżeli jesteśmy zafiksowany do celu, ale kompromisem jest porzucenie owego procesu. Tyle dostaniemy, ile temu poświęcimy czasu i wysiłku. Przygoda zakłada również porażki i przyzwolenie na nie. W prawdziwej przygodzie nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, nie da się zaplanować i zbadać wszystkiego „do końca”.
W zorganizowanej wyprawie wysokogórskiej jest pewien ustalony schemat – samolot, hotel, karawana, tragarze, baza, zła pogoda, konflikty…baza, karawana, hotel, dom. Taki scenariusz można przewidzieć jeszcze w domu. Tylko nieznane, problem spowodują, że taki wyjazd może być wspaniałą przygodą, którą zapamiętamy do końca życia.

Tacy ludzie jak John Muir, Walter Bonatti, Reinhold Messner czy Göran Kröpp dowiedli, że nie musimy stać się niewolnikami tych wszystkich podrabianych sportów ekstremalnych. Nie musimy niszczyć sportu i Ziemi coraz nowszą technologią, przenosić sztucznych ścian z zapoconych sal, piwnic, kotłowni w Tatry, Alpy, Himalaje.
Nie chodzi o to, żebyśmy wrócili do lat 30. czy 50. we wspinaniu czy narciarstwie. Nie zmieniając zasad etycznych, też możemy ewoluować. W ślepym naśladownictwie nowych technologii pomijany jest jej podstawowy aspekt – etap rozwoju.

Zamiast kaleczyć skały ringami, popracujmy nad sobą. W Anglii jest takie powiedzenie: if you wanna bolt, go to France. Tam będą bronić każdego metra skały/klifu, gdzie istnieje choćby najmniejsza możliwość asekuracji. Dlaczego nie u nas, skoro tych skał mamy dużo mniej? Wielkie ściany naszych czasów były robione w stylu, który odrzucał technologiczny paradygmat. Kröpp w swoim rowerze zastosował wprawdzie najnowszą technologię przerzutek, ale na szczyt Everestu wszedł sam – nie używając tlenu, bez przewodników, bez Szerpów. Komórkę też zostawił w domu. Ed Gillette przepłynął kajakiem z Kalifornii na Hawaje, nie życząc sobie żadnego wsparcia. Na Evereście były już setki osób, tysiące próbowało wejść na szczyt.
Cóż nas obchodzi, jeżeli kolejna grupa „wspinaczy” żłopie tlen z wielkiego kontenera umieszczonego w bazie i studiuje instrukcje przejścia lodowca po drabinach? Nie obchodzi nas to dopóty, dopóki ich działania nie oszpecą góry, a ich styl nie wpłynie na zachowania następców, tzn. nie zacznie się porzucać butli z tlenem gdzie popadnie, nie pozostawi 30 drabin na lodowcu czy kilometrów lin poręczowych, śmieci, a codziennością nie będzie warkot helikoptera, który po raz kolejny przyleciał do bazy z dostawą tlenu. Komercyjność dzisiejszych wypraw wysokogórskich i ich zależność od sponsorów przybrały formy patologii. Obecność w bazie dziennikarzy, operatorów, relacje telewizyjne i radiowe, „śledzenie” przebiegu wydarzeń w portalach internetowych spowodowały, że cały ten show przypomina bardziej zawody pływackie czy lekkoatletyczne. Ma się wrażenie, że to nie Góra jest najważniejsza, ale obowiązki wobec sponsora – TV, radia, gazety, banku.

Jeżeli zatem chcemy przygód z poszanowaniem środowiska, zacznijmy od siebie! Przypatrzmy się każdej nowej technologii, odrzućmy to, co zbędne. Trzymajmy się prostoty. Nie wdzierajmy się z wiertarką w każdy załom skalny. To, co nienaruszone do tej pory, pozostawmy takim, jakim jest. Nie spieszmy się zmieniać resztek natury na naszą kapitalistyczno-konsumpcyjną modłę, bo za 100-150 lat przyszłe pokolenia wylądują na szkle i betonie.  

Krzysztof Treter

 




Wstecz



  AKTUALNOŚĆI
 
2006 © Agencja Trekking Sport :: tel.: +48 (34) 365 24 04; +48 601 09 72 55
 
 





Tablice Gabloty sekretarki szkolenia Tworzenie stron Warszawa łóżka do masażu smiechowo.lapy.pl/?t