Wyprawy wspinaczkowe
witamy 2018-12-19
Wspinaczka górska
Wstecz


Dodano dnia:
2010-04-01

Wyciągnięte z lamusa...
"Wrócić pod Kongur Shan"

Literatura górska

Porozbijana w grupki karawana rozciągnęła się jeszcze bardziej. Zniknął gdzieś Tomek. Idę z Marcinem. Zajęci rozmową nie wiemy czy stanowimy jej czoło, czy też jej koniec. Powrót. Odwracam się kolejny raz za siebie. To już ostatni raz.  Chcę spojrzeć na Górę, zanim ostatecznie zniknie w coraz gęstszych chmurach i skryje się za innymi szczytami. Jakby świadoma pożegnania wygląda imponująco, kusi pozostaniem. A może znowu drwi? Na jej lśniące w słońcu lodowe,  północne stoki powoli opada zasłona ciemnych, ciężkich chmur. „Jak w teatrze” – myślę. Spektakl skończony. Po chwili doganiam Marcina. Gdzieś za nami, już niewidoczny, pozostał Kongur Shan.

Baza pod Kongur Shan
Kongur Shan - „Ukryta Góra” -  pozostawała nieznana aż do 1900 roku. Nikt, w tym morzu pamirskich szczytów, które wznoszą się niemal do nieba, nie wiedział, gdzie tak naprawdę leży ta góra. W 1900 roku sir Aurel Stein zbadał ten masyw od jeziora Karakul w kierunku południowo zachodnim. Jednak precyzyjne położenie tej góry i jej wysokość nie były znane aż do roku 1920. Pierwszej poważnej eksploracji tego rejonu Pamiru dokonał rezydujący w Kashgar Anglik Clarmont Skrine. Dwa dominujące w tym systemie górskim szczyty – Muztagh Ata i Kongur Shan – długo pozostawały dziewicze.

Bliscy zdobycia tego pierwszego w 1947 roku, byli weterani bojów o Everest – Anglicy Harold Tilman i Eric Shipton. W 1956 roku zespół złożony z alpinistów chińskich i sowieckich podejmuje pierwszą próbę dotarcia na szczyt Kongur Shan od strony południowej. Jednak alpiniści obu bratnich narodów zmęczeni tyle co zdobytą Muztagh Atą i prawdopodobnie zbyt dużą ilością portretów i sztandarów, które mieli do wyniesienia, osiągają jedynie przełęcz Koksel leżącą w grani prowadzącej do Junction Peak – wybitnego szczytu leżącego w głównej grani pomiędzy potężnymi Kongur Shan i Kongur Tobe. Aż do 1980 roku masyw Kunlun Shan  pozostawał zamknięty dla świata „imperialistycznego zachodu”. W tym samym roku Chris Bonington i Michael Ward otrzymują pozwolenie na rekonesans w tym paśmie gór. Anglicy penetrują górę Kongur Shan, praktycznie, ze wszystkich jej stron. Owocem tej eksploracji będzie sukces, jaki odniosą rok później zdobywając szczyt granią południowo – zachodnią od strony lodowca Koksel. Osiem lat później, w roku 1989, jako drudzy zdobywają szczyt Japończycy. Dokonują tego w swojej trzeciej próbie, wchodząc na wierzchołek północno-zachodnim filarem, nazywanym później Filarem Japońskim Po 1989 roku kilkakrotne próby zdobycia szczytu przez wyprawy japońską, rosyjską, koreańską i amerykańską nie przynoszą rezultatów. Najbliżsi zdobycia szczytu byli Amerykanie, których zaawansowana próba na tzw. Filarze A, wybitnej formacji położonej na zachód od Filara Japońskiego, doprowadza do siodła pomiędzy Junction Peak a granią zachodnią prowadzącą na wierzchołek W roku 1999 Filar Japoński stał się celem naszej wyprawy. 

DZIECI INNEGO BOGA
Polski czerwiec, deszczowy Londyn i lepki tropik. Zbyt szybko, zbyt nagle żeby się od razu można do tego przyzwyczaić. Rawalpindi w Pakistanie.  Upał, wrzawa i azjatycki chaos. Polscy kierowcy w porównaniu z pakistańskimi to łagodne baranki. W 1950 roku, już po uzyskaniu przez Pakistan niepodległości, zdecydowano o budowie nowej stolicy Islamabad, w pobliżu Rawalpindi. Obecnie Islamabad z nowoczesną, ale dość nudną zabudową jest jedynie miejscem urzędów i rezydencji rządowych. Trudno też byłoby tu odnaleźć klimat Azji. Złośliwi twierdzą, że największą zaletą nowej stolicy jest to, że znajduje się tylko piętnaście kilometrów od Pakistanu. Głównym centrum kraju, od 1840 roku, pozostaje wciąż Rawalpindi.  W Pindi znajduje się też główny sztab wojskowy i centrum dowodzenia. W kraju, w którym od 1947 roku, czyli od chwili uzyskania przez Pakistan niepodległości, przez większość tego czasu władzę sprawowali wojskowi, trudno sobie wyobrazić, żeby było inaczej. Poza tym, to tutaj - w miejscach takich jak Saddar Bazaar czy Rajah Bazaar - można spotkać prawdziwy Pakistan. 

97% ludności w tym kraju wyznaje Islam. Dwie trzecie ludności - to analfabeci. Być może edukacja nie jest sprawa najważniejszą, skoro Islam oznacza, że muzułmanie mają obowiązek stworzenia sprawiedliwego państwa, którego wszyscy członkowie wiodą godziwe życie, a biednych i słabszych traktuje się przyzwoicie. Słowo Boże zostało wypowiedziane w języku arabskim, a Pismo zyskało nazwę Al-Kur'an – Recytacja. Główne przesłanie Koranu głosi, że grzechem jest gromadzenie bogactw i zbijanie prywatnych fortun, a majątek społeczny należy dzielić równo, oddając biednym część swojego mienia. Dawanie jałmużny (zakat), któremu towarzyszy modlitwa (salat) to dwa z pięciu zasadniczych "filarów" (arkan), czyli praktyk Islamu. Można by się zastanowić, czy Muhammad oddając cześć jednemu Bogu nie głosił etyki socjalistycznej. Największy grzech w islamie (szirk) to zabieganie o dobro materialne, czy wiara w pomniejsze bóstwo. Jeżeli za pomniejsze bóstwo przyjąć pieniądz, to grzeszą wszyscy, wszędzie i równo, na całym świecie. 

"Modlitwa jest jak potok słodkiej wody płynący obok domostwa każdego z was", mówi tradycja. Muzułmanie modlą się pięć razy dziennie. Allah wzywa swoich wiernych na modlitwę o wschodzie słońca, w południe, po południu, tuż po zachodzie słońca i wieczorem. W hotelu na Saddar Bazaar  wstawaliśmy tuż po czwartej nad ranem - głos wydobywający się z głośnika zainstalowanego  na hotelowym dziedzińcu, wzywający muzułmanów do modlitwy, rzucał i nas na kolana. 

Nareszcie. Po skompletowaniu całości naszego sprzętu możemy ruszyć dalej. W przeddzień wyjazdu zaliczamy jeszcze ruiny sławnej Taksili, starego centrum kultury helleńsko-indyjskiej i żegnamy Rawalpindi.  Opuszczamy ten ponad czterdziestostopniowy piekarnik i gnamy na północ, aż do Kashgar w Chinach. Droga na północ wiedzie słynną Karakorum Highway. W latach 60 i 70 Chiny i Pakistan wspólnie podjęły trud budowy tej górskiej autostrady szlakiem legendarnej Drogi Jedwabnej, którą za Tamerlana ciągnęły karawany z Chin do królestw indyjskich, a przedtem do grecko-buddyjskiej Gandhary. Z Kasghar poprzez przełęcz Khunjerab (4730m) stanowiącą granicę pomiędzy Pakistanem a Chinami, mityczną Doliną Hunzy, poprzez Gilgit, pozostającym wciąż ważnym ośrodkiem handlowym – legiony Chińczyków i Pakistańczyków poprowadziły KKH aż do stolicy Pakistanu. Takiej koncentracji wysokich szczytów, największych na świecie górskich lodowców, od których łzawią oczy - nie ma nigdzie. Ale ta droga, dosłownie wykuta w skale, okupiona została tysiącami poległych przy jej budowie żołnierzy i robotników; zginęli od mrozów, od kamiennych lawin, od trzęsień ziemi, huraganów i przypadkowych kul. Wręcz ocieramy się o Nanga Parbat (8125m), Rakaposhi (7790m) i Ultar Peak (7388m). Fascynujące. Mniej jednak fascynują ludzie. Trudno uwierzyć, że tak blisko, w Kaszmirze, spływają krwią zielone doliny. To indyjsko - pakistańska gra o Kaszmir. W Pakistanie, czy w Indiach, życie toczy się niby normalnie, niby nikt nie chce tej wojny. Tyle tylko, że obydwa kraje posiadają "pokojową" bombę atomową. Nawet jeżeli z podniebnych przełęczy znikną bunkry i zbrojne patrole, nie uspokoi to jednak podzielonych Kaszmirczyków, którzy mają niejasną świadomość istnienia jakichkolwiek państw - oni chcą być po prostu u siebie. Dramaturgia nie mniej pasjonująca, niż brawurowe wyprawy wysokogórskie.

CIEŃ WIELKIEJ GÓRY
Jezioro Karakul. Krótki odpoczynek. Wyskakujemy z samochodu rozprostować kości. Błękitne wody tego ogromnego jeziora, które w języku Ujgur znaczy tyle, co "czarne jezioro", jakby dzielą od siebie dwa Pamirskie giganty – Muztagh Atę i Kongur Shan. Niewątpliwie jedno z piękniejszych miejsc w zachodniej części Chin. To już czwarta doba naszej podróży. Podróżujemy wciąż legendarnym „jedwabnym szlakiem”, tyle że dziś pędzi tędy karawana dieslowskich ciężarówek, a dzikie góry przecina nitka asfaltu. Od upragnionego Ghez Karaul dzieli nas zaledwie kilka godzin. To stamtąd ruszy karawana, ta prawdziwa, pod północną Kongur Shan. Zmęczeni długim oczekiwaniem na nasze cargo w Islamabadzie, zmęczeni 40 stopniowym upałem jaki tam panował, niewygodami podróży – chcielibyśmy już odpocząć, najchętniej w naszej bazie. Dziwne zaiste pragnienie odpoczynku, jeżeli się weźmie pod uwagę to, co nas czeka – cztery kilometry lodu, śniegu i skały. Ale tego właśnie pragnęliśmy przez ponad rok. 

Jesteśmy na terytorium Chin - prowincja Xinjiang. Jednak cały ten rejon, przynajmniej od granicy pakistańsko-chińskiej do Kashgar - język, ludzie, obyczaje - ma więcej wspólnego z Kirgizami, Tadżykami, Kazakami czy nawet z plemionami północnego Pakistanu, aniżeli z Chińczykami. Politycznie, podobnie jak w Tybecie, względny spokój miedzy ludnością lokalną – Ujgurami – a władzami chińskimi i osiedlającymi się tu Chińczykami utrzymywany jest  tylko dzięki licznym oddziałom wojska i policji. Wzdłuż swej długiej granicy Chińczycy z zręcznością Machiawellego utrzymują porządek, przy czym słowo porządek brzmi pozytywnie jedynie dla nich. W przeciwieństwie do religii Pakistanu, tutaj religii nie ma wcale. Sacrum jest Chińska Partia Komunistyczna, choć od 1991 zelżały niektóre z jej doktryn. W Tashkurgan, czy w Kashgar można jeszcze czasami usłyszeć przez uliczne głośniki coś, co brzmi jak ideologiczny bełkot, w starym, „dobrym” stylu. Na nikim jednak nie robi to już wrażenia. Ludności rdzennej znudziły się już chyba mityngi, na których w roli baletniczek występowali chińscy saperzy, czy konwoje opancerzonych wozów bojowych z napisem "Nauka jazdy".

Wieś Ghez, położona trochę powyżej głównego traktu, stanowi jedyne zielone miejsce w tym surowym, skalistym krajobrazie. Jedyną atrakcją Ghez są słodkie placki i piwo, którym nadrabiamy pakistańskie zaległości. Daleko mu jednak do naszego Żywca. Tutaj pozostawiamy za sobą chińskie posterunki, pozwolenia i cały ten cywilizowany świat. 

Nasza Baza staje niemal u stóp północnej ściany Kongur Shan, w miejscu gdzie jest jeszcze zielono, gdzie mamy dostęp do wody, która spływa rączymi potokami z góry. Wysokość nie przekracza 4000 metrów. To wszystko jest ważne dla nas. Musimy mieć takie miejsce by móc wypocząć, nabrać sił przed kolejnym starciem z górą. Trzy boczne moreny, którymi spływa rzeka skał i lodu, zlewają się poniżej w jeden, ogromny lodowiec Kalaiurk. Huk lawin i kanonada obrywających się potężnych seraków towarzyszyć nam będzie przez cały czas pobytu. Stres, napięcie, wielki wysiłek fizyczny, które towarzyszą każdej wysokogórskiej wspinaczce przewartościowują w nas pewne postawy. To, co zajmowało nas tam w dole, odchodzi na plan dalszy. Zostawiamy za sobą mniej-więcej ważne sprawy, znika rutyna codziennego życia. Znika też luz podróży, wręcz beztroska. Nie moglibyśmy istnieć w tych warunkach przywołując stale w pamięci ciepłe łóżko, stół pełen przysmaków i twarze bliskich. Tak jest lepiej, tak jest uczciwiej. Nikt z nas nie jest tu za karę, nikt nas tu nie zesłał siłą. Jesteśmy tutaj, bo chcieliśmy tu być. Trzeba żyć tu i teraz. Jesteśmy my i Ona. Nie ma miejsca na udawanie i pozy. Ona obnaży w nas wszelkie słabości. Przez miesiąc, może dwa będziemy zdani tylko na siebie. 

Kolejne wyjścia, zmaganie się z wysokością, z ciężarem plecaków, z zmiennymi Na grani Kongur Shanwarunkami pogodowymi, z sobą. Droga na szczyt. Pogoda w tym roku przypominała raczej skrzyżowanie najbrzydszego polskiego czerwca z typowym listopadem. Anomalie pogodowe dotknęły cały masyw Kunlun Shan. Nie oszczędziły również pasma Karakorum. W dolinach powodzie, pozrywane mosty, zniszczone drogi. Wysoko w górach opady śniegu, stałe zagrożenie lawinowe, silny wiatr. W takich warunkach osiągniecie 6000 metrów to prawie sukces. Ale bardziej ryzykować nie możemy. Po tygodniach zmagań trzeba podjąć decyzję o wycofaniu się. Zawsze trudna, zawsze pozostawiająca cień wątpliwości, że może ten następny raz mógłby coś zmienić. Do wioski Ghez schodzi kilku z nas. Za parę dni w bazie pojawią się przewoźnicy z wielbłądami. Dla nich to oczekiwana radosna chwila, prawie święto – dla nas oznacza to koniec wszystkiego. Nie każda jednak przegrana jest porażką. Jeżeli mogliśmy poznać się lepiej, jeżeli ekstremalne sytuacje pozwoliły rozjaśnić choć trochę mrok ciemnych naszych stron – to nie jest to porażka. Nie jest to możliwe w naszym codziennym, zrutynizowanym życiu, w nudnym schemacie dnia i nocy.

* * *

Karawana powrotna. Gdzieś za nami, już niewidoczny, pozostał Kongur Shan. Cień Wielkiej Góry pozostanie jednak we mnie na długo – być może na zawsze, być może do następnej wyprawy. Zwycięskiej.
                                                  

      Krzysztof Treter


W wyprawie Polskiego Związku Alpinizmu na Kongur Shan uczestniczyli: Krzysztof Treter (kierownik), Michał Kochańczyk (z-ca kierownika i operator filmowy), Marcin Kacperek, Wiesław Madejczyk, Marcin Pius, Tomasz Sowiński, Piotr Alchimowicz (lekarz) oraz Qba Alchimowicz jako ornitolog amator i biały tragarz.
                                                                                                                          




Wstecz



  AKTUALNOŚĆI
 
2006 © Agencja Trekking Sport :: tel.: +48 (34) 365 24 04; +48 601 09 72 55
 
 





Tablice Gabloty sekretarki szkolenia Tworzenie stron Warszawa łóżka do masażu smiechowo.lapy.pl/?t